W magnetycznym związku
p. 377-388
Texte intégral
Nie mogła oprzeć się chęci zobaczenia mnie
1Uwiadomiony o wszystkich dawniej na jej kurcze użytych lekarstwach, a razem i o ich bezskuteczności, po raz pierwszy przedsięwziąłem doświadczyć magnetyzmu. Oddaliwszy więc część widzów, szczupłą izbę zbytecznie zapychających, spokojnie zbliżyłem się do chorej i stojąc do niej bokiem, końce mych wielkich palców położyłem na środku jej czoła, a prowadząc takowe nad oczyma ku skroniom, stamtąd przez szyję i ręce, doszedłem aż do wielkich palców, gdzie nieco przyciskając, zatrzymałem się cokolwiek. Zwróciwszy po tym palce moje, przeszedłem na powrót w kształt łuku aż do czoła, dalej przez szyję i piersi do serca, gdzie znowu zatrzymałem się, przyciskając, stamtąd na koniec lekko ciągnąc przez żołądek i nogi, doszedłem aż do wielkich palców nożnych. Wówczas stała się spokojniejszą, a po kilkakrotnym powtórzeniu tychże ciągnień kurcz zupełnie ustał, wróciło do rąk ciepło, twarz z oczami wpółotwartymi i drgającymi powieki przybrała postać uprzejmą, oddech stał się łatwiejszy, postawa zaś jej ciała wyobrażała śpiącą osobę. Zapytana przeze mnie przy położeniu ręki mojej na jej sercu – Jak się ma? odpowiedziała łagodnym głosem: – Dobrze. – Gdzie jest choroby siedlisko? – W nerwach. – Czym może być uzdrowioną? – Użytym tylko przed chwilą sposobem, i to jedynie przez ciebie. – Gdy w tej chwili siostra, korzystając z przywróconej spokojności, chciała poprawić jej poduszki, nagle ją na nowo porwały kurcze. Po oddaleniu więc siostry i śpiesznym przejściu całą dłonią od głowy do nóg uspokoiłem ją znowu.
[...]
2Rozróżniała we śnie wyższy i niższy stopień skutku magnetycznego, który w sobie czuła, a to podług wesołej lub smutnej dyspozycji, w której byłem w czasie jej magnetyzowania, i stosownie do tego mniej lub więcej jaśniałem w jej oczach. Najbardziej jednak smuciła się, kiedy długo z nią we śnie nie mówiłem, kiedy od niej odchodziłem lub kiedy nareszcie wspominałem inne kobiety, które chciałem magnetyzować.
3Przez codzienne magnetyzowanie powiększał się coraz bardziej nasz wzajemny stosunek i tak np. odpowiadała mi na zapytania moje o kilka kroków cicho w rękę czynione, odpowiadała nawet na szczegóły najmniejsze, opisywała wszelkie moje czynności odległe od jej domu, wymieniając nazwiska osób, z którymi działałem i miejsca, w których rzecz się stała. [...]
4Tak zeszło kilka tygodni, po których w czasie ostatniego u mnie pobytu, pożegnała mnie najczulszymi słowy, prosząc o dalszą cierpliwość, którą mi niebo nagrodzi.
5W ciągu czasu upłynionego do 28 października roku 1813, zachowując potrzebną dietę, to jest używając tylko zupy i kawy, ręczną pracą zatrudniała się. Znamiona jej choroby nie okazywały się w niczym, prócz w łatwości rozgniewania się za najmniejszym zdarzeniem, po czym niekiedy ciepiała kurcze.
6Unikałem ile możności spotykania jej, co zawsze przeczuwała drżeniem. Ilekroć spostrzegła mnie na ulicy, drżała, a przecież nie mogła oprzeć się chęci mówienia ze mną. Nagła w ów czas zmiana jej twarzy dowodziła tego wpływu tak mocnego, który miałem na chorą. Siostra opowiadała mi często w przeciągu tego czasu, iż K. zawsze niespokojna, coraz drażliwsza i coraz bardziej samotniejsza, na wszelkie zapytania o jej stanie niechętnie odpowiada, że jednak z nadzwyczajną żywością dzieli wszystkie rozmowy mnie się tyczące, że (jak mówi) zawsze o mnie myśleć musi, że mój obraz często stoi jej przed oczyma, że nareszcie widzi mnie czasem we śnie, rozmawia ze mną na przechadzce lub płynąc po wodzie, a czasem też na cmentarzu.
[...]
7Upłynął tym sposobem drugi zakres jej cierpień, przecież pomimo powtarzanych i nalegających zapytań nie zdołałem dowiedzieć się od niej, jak długo będę jeszcze jej potrzebnym i kiedy istotnie powróci do zdrowia. Wybadanie tego dla mnie nawet samego coraz potrzebniejszym było, codziennie bowiem czułem się bardziej zmienionym, wesołość moja znikła, zastąpiła ją skłonność do melancholii i niezbędny pociąg do magnetyzowania; czułem także, iż coraz więcej sił tracę i że sama obecność przy chorej nawet bez jej magnetyzowania osłabia mnie widocznie.
8K. przez dwa tygodnie nie opuściła łóżka, coraz mocniejszą odrazę czuła do innych osób i świata, do mnie zaś coraz więcej przywiązania; sama obietnica, że ją wkrótce odwiedzę, rozweselała ją na dni kilka. Uczucia religijne zwiększały się codziennie w jej sercu, coraz jaśniej poznawała błędy swego życia, coraz mocniej żałowała za nie, brzydziła się nimi i z tego to zapewne powodu w samotności tylko czuła się szczęśliwą. W zimie leczyłem ją na febrę katarową, a korzystając ze stanu uśpienia, dowiadywałem się od niej o dobroci lub niestosowności użytych przeze mnie środków. Przy zapisywaniu recepty zapytana razu pewnego, jaki wyraz chcę w tej chwili napisać, odpowiedziała moje imię, co w istocie było.
9Nie widząc mnie czas niejaki, nie mogła oprzeć się pociągowi mówienia ze mną. Przybywała więc do mego mieszkania, często nawet (chociaż bez powodu) śpiesznym wchodziła krokiem. Gdym ją w ów czas uśpił samym tylko spojrzeniem i zapytał się, po co przyszła, w obecności wszystkich odpowiadała: – Aby cię widzieć.
10Ledwiem pomyślał z rana przyjść do niej wieczorem, zaraz w ciągu dnia czyniła przygotowania do przyjęcia mnie i mówiła siostrze: – Doktor dziś przybędzie.
[...]
11Trudno mi było otrzymać od niej odpowiedź, względem przyszłych paroksyzmów i kiedy skończą się jej cierpienia, odpowiadała mi zawsze: – Nie widzę tego, na trzecie dopiero zapytanie rzekła do mnie: – Przyciśnij mnie mocno na sercu, a może zobaczę. Uczyniłem to i w czasie, gdym ją przyciskał na sercu, z twarzą wyrażającą namysł i natężenie umysłu z wolna przepowiadała, że boleści jej nastąpią na nowo w dniu 29 około 10 z rana i 3 po południu, w dniu 30 o 11 rano, w dniu 1 maja o 9 rano, w dniu 2 o 3 z południa, w dniu 3 o 4 wieczorem (paroksyzm gwałtowny), w jesieni zaś w dniu 28 października o 3 z południa.
12Nudnym tak dla opisującego, jak i dla czytelników byłoby wyliczanie wszystkich szczególnych boleści, których K. doznała w dniach wyżej wyrażonych. Nie miały one nic różnego od dawniejszych, stosunek tylko chorej ze mną wzmocnił się jeszcze bardziej, i tak np. wiedziała, com czynił przed kilku minutami, godzinami, com o niej mówił, widziała wszystkie moje kroki i ślady tychże, najskrytsze moje tajemnice i mnie tylko samemu znane wiadomymi jej były. Po upłynionej epoce wspomnianych paroksyzmów, z wielu powodów ograniczywszy odwiedziny moje do koniecznej ich potrzeby, po całych miesiącach nie widywałem chorej, lecz za to donosili mi jej krewni, iż zawsze o mnie mówi i że bardziej jeszcze niż dawniej zmuszona jest myśleć o mnie. Samo przesłanie pozdrowienia z mojej strony sprawiało jej radość niemałą i pomnażało nasz stosunek magnetyczny tak dalece, iż nie mogła oprzeć się chęci zobaczenia mnie choć na chwilę. Rzadkość mych odwiedzin niejednego zapewne ważnego pozbawiła mnie doświadczenia.
[...]
13Ozdrowianie jej było tym razem spieszniejsze niż po dawnych paroksyzmach. Odwiedziła mnie w dniu 16 maja i na nowo dziękowała za moje starania, o których tyle tylko wiedziała, ile ją uwiadomiono o nich. Po odwiedzeniu kilku jeszcze przyjacielskich domów, powracając do siebie, nagłą mocną trwogę uczuła w sobie przez chwilę, w której widziała, jak pewna żebraczka w niebytności jej i siostry piła napój dla niej przeznaczony. Nieszczęśliwy ten wypadek miał nadspodziewanie wiele wpływu na chorą, on to podług powieści jej we śnie następnym zmienił czas ostatniego paroksyzmu, to jest oddalił go aż do 16 kwietnia 1816. Smutna ta wiadomość mogła być jedynie osłodzoną nadzieją nowych doświadczeń, które wkrótce moją i przyjaciół moich uwagę jak najmocniej zwróciły na siebie.
[...]
14K. żaliła się nie raz nadzwyczajnie w swoim śnie magnetycznym, że przyjdzie czas, w którym utraci swojego przewodnika; ale smutniej jeszcze skarżyła się, pomnąc, że po upłynieniu kwietnia już mnie przy sobie widzieć nie będzie. Związek jej ze mną tak był silny, iż często musiałem wezwać na pomoc i rozumu, i religii, aby ją przyzwyczaić do myśli rozstania się ze mną. Razu pewnego oświadczyła mi we śnie magnetycznym, iż w ciągu następnych 8 lat będę magnetyzował pewną osobę, którą doprowadzę do daleko wyższego jeszcze stopnia senności; oświadczyła także, iż 17 kwietnia da mi nowy dowód swojego magnetycznego widzenia, a nawet tak ważny, że równie we mnie, jak i we wszystkich moich przyjaciołach daleko mocniej jeszcze utwierdzi wiarę w magnetyzm.

15Georg Heinrich Nick, Nadzwyczajne skutki zwierzęcego magnetyzmu, doświadczone na osobie płci żeńskiej w Sztuttgardzie, przeł. Fr. Morawski (przekład skrócony), u N. Glücksberga, Warszawa 1818, s. 21–112. Książka Nicka (Darstellung der sehr merkwürdigen durch den thierischen Magnetismus veranlassten Geschichte der C. Krämerin in Stuttgart) ukazała się w Lipsku w tym samym roku.

16Georg Heinrich Nick był lekarzem. Oprócz relacji zdającej sprawę z przebiegu choroby pani Kramer napisał rozprawę poświęconą warunkom zmiany tętna. Nadzwyczajne skutki... (niem. tytuł: Darstellung der sehr merkwürdigen durch den thierischen Magnetismus veranlassten Geschichte der C. Krämerin in Stuttgart) ukazały się w Lipsku w 1818 roku. Zdaje się, że nie odegrały one znaczącej roli w ówczesnych sporach o magnetyzm. Bibliografia magnetyzmu zwierzęcego Adama Crabtree’ego nie uwzględnia tej książki. Tym bardziej zastanawiające wydaje się przetłumaczenie jej na polski i wydanie jej w tym samym roku, w którym ukazał się oryginał. Autor polskiego przekładu, Franciszek Dzierżykraj Morawski (1783–1861), znany jest przede wszystkim jako wojskowy (brał udział w kampaniach napoleońskich, a podczas powstania listopadowego był generałem dyżurnym armii powstańczej), poeta i prozaik, a także tłumacz literatury (przełożył m.in. Manfreda Byrona i Andromachę Racine’a).

17Anna Łakisowna, lat 16 mająca ► 158
Pewna niewiasta z Wilna, lat 22 mająca ► 159
Teraz już wiem, przez kogo jestem tak zaczarowany...
18Poszedł jeszcze raz do magnetyzera Palmieriego i zapłaciwszy należne dwadzieścia franków za konferencję, począł zadawać mu pytania:
19– Więc twierdzisz pan, że mnie nie można zamagnetyzować?
– Co to jest nie można! – oburzył się Palmieri. – Nie można od razu, gdyż nie jesteś pan medium. Ale można by z pana zrobić medium, jeżeli nie w kilka miesięcy, to w kilka lat.
20„Zatem Geist stanowczo nie otumanił mnie” – pomyślał Wokulski. Głośno zaś dodał:
21– A kobieta, panie Palmieri, może zamagnetyzować człowieka?
– Nie tylko kobieta, ale nawet drzewo, klamka, woda, no, słowem, wszystko, czemu magnetyzer nada władzę. Ja mogę moje media magnetyzować bodajby szpilką; mówię im: w tę szpilkę przelewam mój fluid i zaśniesz pan, kiedy na nią spojrzysz. Tym więc łatwiej mógłbym przekazać moją władzę jakiejś kobiecie. Byle, rozumie się, osoba magnetyzowana była medium.
– I wtedy do owej kobiety przywiązałbym się tak jak pańskie medium do łopatki od węgli?... – spytał Wokulski.
– Bardzo naturalnie – odpowiedział Palmieri, spoglądając na zegarek.
22Wokulski opuścił go i włócząc się po ulicach, myślał: „Co do Geista, mam prawie dowód, że nie łudził mnie za pomocą magnetyzmu; nie starczyłoby na to czasu. Ale co do niej, nie mam pewności, że nie oczarowała mnie w ten sposób. Czasu było dosyć, ale... któż mnie zrobił jej medium?...”
23Im więcej porównywał swoją miłość do panny Izabeli z uczuciami ogółu mężczyzn dla ogółu kobiet, tym bardziej wydawała mu się nienaturalną. Bo jak można zakochać się w kimś od jednego rzutu oka? Albo jak można szaleć za kobietą, którą widzi się raz na kilka miesięcy, i tylko po to, ażeby przekonać się, że ona nie dba o nas?
24„Bah! – mruknął – rzadkie spotkania właśnie nadają jej charakter ideału. Kto wie, czy zupełnie nie rozczarowałbym się, poznawszy ją dokładniej?”
[...]
25Usiadł na fotelu i utonął we wspomnieniach. Widział sklep Hopfera, stołowe pokoje i gości, którzy drwili z niego; widział swoją maszynę o wieczystym ruchu i model balonu, któremu usiłował nadać kierunek. Widział Kasię Hopfer, która mizerniała z miłości dla niego...
26„Do roboty!... Dlaczego ja nie idę do roboty?...”
27Wzrok jego machinalnie padł na stół, gdzie leżał niedawno kupiony Mickiewicz.
28„Ile ja to razy czytałem!...” – westchnął, biorąc książkę do ręki. Książka otworzyła się sama i Wokulski przeczytał:
29„Zrywam się, biegnę, składam na pamięć wyrazy, którymi mam złorzeczyć okrucieństwu twemu, składane, zapomniane już po milion razy... Ale gdy ciebie ujrzę, nie pojmuję, czemu znowu jestem spokojny, zimniejszy nad głazy, aby goreć na nowo, milczeć po dawnemu...”1
30„Teraz już wiem, przez kogo jestem tak zaczarowany...”

31Bolesław Prus, Lalka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982, s. 461–466.

32„Lalka jest jedyną – godną pierwowzoru – krytyką i transkrypcją romantycznego mitu miłosnego w naszej literaturze”, pisała w posłowiu do antologii Miłość romantyczna Marta Piwińska. Badaczka mocno akcentowała ten podwójny nurt w powieści Prusa, która zarazem kontynuuje i odrzuca tradycję IV części Dziadów. Pytanie, jakie zadaje sobie Wokulski, zastanawiając się, czy Łęcka mogła go zahipnotyzować, dobrze oddaje ten splot afirmacji i negacji. Oto namiętność, która sama siebie nie pojmuje i nie daje się wytłumaczyć inaczej niż przez odwołanie się do tajemnych i niezbadanych sił. I oto mit, który – jak pisze Piwińska, przypominając zdanie Denisa de Rougemonta – umarł i rozkładając się, zatruwa. Jego metonimię stanowi u Prusa tom poezji Mickiewicza. Refleksja, jaką u Wokulskiego wywołuje widok tej książki, określa ta sama dwuznaczność. Romantyczną wiarę w potęgę miłości zastępuje romantyczna wiara w potęgę literatury.

33Uwaga do przedmiotu obcą mocą przybita ► 275
Notes de bas de page
1 „Zrywam się, biegnę, składam na pamięć wyrazy...” – niedokładny cytat z sonetu Mickiewicza Mówię z sobą...: „Zrywam się, biegę, składam na pamięć wyrazy”.
Le texte seul est utilisable sous licence Creative Commons - Attribution - Pas d'Utilisation Commerciale - Pas de Modification 4.0 International - CC BY-NC-ND 4.0. Les autres éléments (illustrations, fichiers annexes importés) sont « Tous droits réservés », sauf mention contraire.
