Cieniom zacnego męża. Argumentum ad hominem (tekst anonimowy)
p. 114-118
Texte intégral
1Niech się tu nikt nie spodziewa usłyszeć żałobnej pogrzebowej mowy, panegiryka podług dawnej, zwyczajnej, szkolnej metody, z owym przestarzałym, wytartym godłem: De mortuis nil nisi bene1; to, co ja powiedzieć mam, a przynajmniej co bym powiedzieć chciał, jest całkiem innego rodzaju. Męska łza, która po stracie poczciwego męża moje oko zalewa, jest to gorąca kropla duszy, uroniona z tej głębi serca, do której marna okazałość życia z swoim zaraźliwym tchem i ckliwą plugawością jeszcze się nie wkradła; jest to kropla uroniona z czystego, pierwotnego źródła uczucia; jest to żywioł, pierwiastek duszy, który się żadnymi ziemskimi przymieszki ani rozłożyć, ani roztworzyć nie daje. I ten szczery, niczym niezbarwiony dług żałoby płacę tylko jako człowiek, jedynie jako człowiek. Nie jestem ja najętym, zapłaconym, pogrzebowym mówcą, nie mam ani pozostałych, ani krewnych na względzie, nie biegę tu bynajmniej za łaską śmiejących się w duszy spadkobierców, którzy innym płacz przekazując, boleść swoją pożyczonym językiem misternie kłamią. Jeżeli tę smutną gałązkę cyprysu na grobie zmarłego szczepię, nie idzie mi zapewne o zjednanie sobie chwały lub przychylności. Tej próżnej czci nie mają potrzeby: ani ja, ani cienie zmarłego. Dlaczego te ostatnie, to łatwo w pojęcie; co do mnie, nie jest mi do serca wobec grobu rozwodzić się głosem Stentora w pochwałę znikomego życia i gonić za jego poklaskiem. Na dowód, jak się mało w to zabieram, jak mało ze sposobności korzystam, nie wymienię nawet nazwiska zmarłego, nie powiem, jakiego był stanu, godności lub jakie miał inne przypadkowe znamiona doczesnego bytu. Powiem tylko, że był to poczciwy, szlachetny, światły, godny mąż, mąż w prawdziwym, ważnym tego słowa znaczeniu. Alboż to nie dosyć? Mając takie przymioty, czyliż się nie okazuje, iż ma prawo być ozdobą każdego kraju, godnym ogniwem w długim łańcuchu społeczeństwa, rówiennikiem najszlachetniejszego, a przy harmonijnym ukształceniu i głowy, i serca, użytecznym członkiem w każdym stosunku? Przenikniony świętym uczuciem do wszystkiego, co tylko istotnie piękne i wzniosłe, zaiste mąż ten był prawym dygnitarzem człowieczeństwa! Kto tylko tak godnego, zacnego i, że tak rzekę, bosko utworzonego człowieka, przeczuwać może lub go sobie wyobrazić zdoła, kto tylko o ideale tak doskonale ukończonej duszy człowieczej kiedykolwiek marzył, ten niech sobie żywymi barwami zachwytnego2 uniesienia, zapałem rozognionego serca postawi obraz jemu podobny! Nie myślę ja przez to powiedzieć: mój zmarły był ideałem, gdyż to by mię właśnie na pośmiewisko u pewnej klasy podało, która nawet w pomyślaną możliwość podobnego ideału wiary nie daje; co większa, ona by go zupełnie za urojenie mieć chciała, aby tym swobodniej złotemu cielcowi, ulubionej materialnej rzeczywistości, czołem bić mogła. Mój zmarły był śmiertelnikiem, ale jednym z tych, którzy czują, że do nieśmiertelności są powołani, i którzy ją wszelkimi siłami duszy, wszystkimi siłami rozpoznawczego ducha pozyskać pragną. W tym krótkim zarysie charakteru objęte są wszystkie własności wysoce odznaczającego się człowieka; błogi duch jego niech mi przebaczy, że się nad jego życiem obszerniej nie rozwodzę. „Oddaliśmy ziemi ciało zacnego męża!” Oto jest głos z dna duszy mojej wydobyty; niechże usprawiedliwi, com już wyrzekł. Co jeszcze mam powiedzieć i w co mię niezbędny żal i głęboka boleść przemożnie bodzie, zawrę w kilku słowach:
2Sądzę, że pewien głęboki badacz natury człowieczej już to udowodnił, dlaczego zmarłych opłakujemy. Jeżeli się nie mylę, ziarno tego smutku kole się3 w gruncie naszego samolubstwa, tego oto ogólnego źródła ludzkich popędów. Wszyscy od kolebki aż do grobu w samolubstwo rościemy. Ubolewamy nad stratą drogich nam ludzi mniej z powodu zmarłych, jak raczej z powodu samych siebie. Nie to dręczy serce nasze, że im słońce życia zagasło, że wstąpili w zimną, bezgwiezdną noc grobu, w siedzibę wiecznego milczenia, lecz to, że nadzieje, życzenia, rozkosze, żywe i przyjemne obrazy życia, cząstki, które nas samych stanowią, żywioły naszego bytu, w grobową ciemnię zapadły4. W zmarłych opłakujemy samych siebie i samolubstwo to godne jeszcze przebaczenia, zwłaszcza gdy się z nim potulna, błoga, pobożna wiara w tym pocieszającym przekonaniu połącza, iż zgasły cień, wyratowawszy się z odmętów burzliwej powodzi życia tego, przeniósł się na jedną z owych zielonych i wiecznym słońcem upromienionych wysp, gdzie go wieczysta, niezmienna, słodko‑zdrojna swoboda niewysłowioną rozkoszą i ubłogosławieniem owiewa. Atoli nasz płacz nad zmarłym, ten boleśnie dotknięty egoizm, wyższego wzlotu, godniejszego celu, a nawet, rzekłbym, wzniosłej uniwersalności jest zdolen, a to wtedy tylko, gdy własny żal w sprawę ludzkości zamieni, gdy się w imieniu całego pozostałego rodzaju za organ postawi. Jakże bosko‑wzniosły, jak tkliwie rozrzewniający jest widok, gdy jeden żałość wszystkich podziela, gdy w jednym wszyscy się opłakują, gdy człowieczeństwo z rzewną łzą w oku, smutkiem bolejąc, wyznaje; że tylko jedną wielką rodzinę ziemską składa! Alboż to strata szlachetnego, uprzejmego, cnotliwego człowieka nie jest stratą i zubożeniem dla wszystkich? Alboż zgasły miał koniecznie być władcą, wodzem, dostojnikiem lub Krezusem, aby śmierć jego za ogólną stratę miano? Godnaś pożałowania, nierozsądna ludzkości, jeżeli tego jesteś zdania, jeżeli tylko słuch swój wytężasz w głośno brzmiące imię, które wiatr unosi; jeżeli tylko tego Jednego, który cię chłoszcze albo pasie, masz na względzie i gdy w grób idzie, za łup na całości popełniony poczytujesz! Nieszczęsna ciasnoto pojęcia, przeklęta pycho tych, którzy w dumnej zarozumiałości pogardzają człowiekiem i nie pomną, że ten człowiek jako jednostka byt ogółu stanowi; nie pomną, jak wielki[m] częstokroć środkiem zbawienia lub niedoli może być jeden człowiek w ręku przeznaczenia; nie pomną, co jedno serce na szali wiecznej waży sprawiedliwości; nie pomną, że duch jednego człowieka może wznieść się na opiekuna całej ludzkości i przez wszystkie wieki być uznanym za reprezentanta chwały i majestatu boskiego! Srom niech padnie na tę całość, która się wstydem nie karmi, że cząstki swego jestestwa podaje na urągowisko, że znieważa członki swojej wielkiej osoby, że się w ten atomiczny sposób hydzi5, a zarazem jednością i całością swoją śmiesznie chełpi, jak gdyby cała ludzkość właśnie w tym i wyłącznie w tym zawartą nie była, aby się ogół w swych składowych cząstkach czcił i uzacniał. Jeżeli już jedna idea zdolna jest posunąć naprzód lub wstecz trącić cały wiek z wszystkimi jego kolejami plemion, na ileż to dopiero duch człowieczej ogólności, to zdroiste, niewyczerpane źródło idej, zdobyć się nie może! „Gdy widzę – rzekł pewien mąż światły – że już wieko trumny na wieczną się noc zamyka, gdy słyszę, że już dzwon grobowy wielkiemu, milczącemu soborowi Amfiktyjonów6 sprawiedliwości i prawdy nowego przybysza zapowiada, wtedy jakiś mię przestrach oblata, jakaś mną niespokojność i trwoga wstrząsa i zdaje się mi, że z tą niegościnną, tą straszydeł pełną teraźniejszością sam jeden pozostaję!”7. To zdanie wywarło się z głębokiego uczucia i ma w sobie przerażającą prawdę; tym uczuciem powinny by serca wszystkich szlachetnych każdego narodu być przejęte! Ach, ileż to razy mojej duszy ta przerażająca myśl się nie nasuwa, że rodzaj mądrych, dobrych i cnotliwych coraz bliższym jest wygaśnięcia, a gdy zacny mąż z tym światem się rozstanie, zdaje się mi zawsze, iż całe człowieczeństwo tej nienagrodzonej straty płakać i ciężką żałobą odziać się powinno!
Notes de bas de page
1 Łac. O zmarłych (mówić) tylko dobrze.
2 Zachwycającego.
3 Tj. wyrasta, rozwija się.
4 Mówi się tu, w grubym oczywiście przybliżeniu, mniej więcej to samo, co później, w roku 1917, językiem psychoanalizy nazwie Freud w Żałobie i melancholii.
5 Tzn. zohydza, obrzydza.
6 Amfiktion – postać mityczna, jeden z synów Deukaliona i Pyrry, rzekomy król Termopil. Ożenić się miał z córką Kranaosa, króla Aten. Amfiktion wygnał Kranaosa i objął rządy w Attyce. „Sobór Amfiktyjonów” to być może nawiązanie do „związku amfiktiońskiego”, konfederacji państw greckich, którą miał założyć Amfiktion; jej historycznym odpowiednikiem były amfiktionie, powołane do sprawowania pieczy nad greckimi świątyniami i miejscami kultu, a także do organizacji igrzysk. Przedstawiciele miast greckich zasiadający w radzie amfiktionii tworzyli również coś na kształt trybunału, który mógł osądzać odstępstwa od zasad przyjętych przez wszystkich członków związku.
7 Nie udało mi się ustalić pochodzenia tego cytatu.
Le texte seul est utilisable sous licence Creative Commons - Attribution - Pas d'Utilisation Commerciale - Pas de Modification 4.0 International - CC BY-NC-ND 4.0. Les autres éléments (illustrations, fichiers annexes importés) sont « Tous droits réservés », sauf mention contraire.
